EWA MIŁOWICZ

Ewa Miłowicz, 50 lat, specjalista ds. odżywiania, trener rozwoju osobistego w nurcie Gestalt, coach

Przed przyjazdem do Wrocławia i otwarciem własnej działalności była żoną, matką, sprzątaczką, kucharką, kochanką, organizatorką przyjęć domowych, przyjaciółką, niezawodowym wsparciem, towarzyszem wycieczek … Nie martwiła się o finanse, o rachunki, jedzenie, czy utrzymanie domu. Prowadziła wygodne życie. Odwiedziła Kubę, Australię, Afrykę, Zanzibar, Wyspy Owcze, Islandię i wiele innych miejsc na świecie. Była krótko mówiąc żoną męża i jego ozdobą. W kręgach bliższych i dalszych znajomych uważana była za szczęściarę – żyć nie umierać! I pewnie bajka skończyłaby się Happy Endem gdyby nie to, że nie czuła się szczęśliwa. „Doskwierało mi ogromne poczucie winy, że mam tzw. „wszystko” i nie czuję się szczęśliwa. – mówi Ewa – Do tego ciągle chorowałam. Cały czas szukałam winy w sobie, że ze mną jest coś nie tak. Od początku małżeństwa zaistniał niepisany i nieustalony (jakby mimochodem) podział obowiązków: mąż zajmuje się finansami, ja domem i dziećmi. A że dzieci bardzo dużo chorowały i szczególnie syn wymagał stałej opieki, to ten układ się pogłębiał. Nie wiem kiedy uwierzyłam w to, że nie potrafię zarabiać pieniędzy, że moim jedynym powołaniem jest opieka nad dziećmi. Sprawy nie ułatwiały zasady, które wyniosłam z domu, że trzeba być Matką Polką, że trzeba być do bólu skromną, że kobieta bez mężczyzny nic nie znaczy, że trzeba nieść swój krzyż, czyli znosić cierpienie w milczeniu i że cierpieć trzeba, bo ono jest szlachetne. Jak można się domyślić, wsparcia ze strony rodziców nie miałam.”

I choć wszystkim wydawało się że oszalała, po 25 latach małżeństwa – w wieku 45 lat – złożyła pozew o rozwód, zmieniając wszystko. Wyszła z domu z walizką rzeczy osobistych, zostawiając luksusowy dom, ogród, podróżowanie, poczucie ekonomicznego bezpieczeństwa i swoją strefę komfortu.  Wyprowadziła się do innego miasta, bez pracy, pieniędzy, rodziny, znajomych, a nawet zaryzykowała nowy związek, który nie trwał długo. „Czułam, że sięgnęłam dna. Dzieci opuściły dom, moja rola mamy, która potrzebna jest codziennie zakończyła się. – opowiada Ewa – różne dolegliwości zdrowotne zaczęły się nasilać: bóle głowy, bolesne i notorycznie nawracające dolegliwości ze strony kręgosłupa, bóle żołądka, bezsenność, stany depresyjne. Do tego PESEL, czyli świadomość, że połowa życia minęła. Wiedziałam, że to co się dzieje z moim zdrowiem to somatyzacja ciała, które krzyczy że cierpi, że chce zmiany, że nie żyję w zgodzie ze sobą, bo ciało nigdy nie kłamie. Przez lata z lęku przed zmianą to wszystko lekceważyłam i ciągle racjonalizowałam. Na poziomie świadomości wiedziałam, że żyję w pustce emocjonalnej, w poczuciu braku sensu, bez bliskości, w konflikcie wartości. Nie wiedziałam czy to dobry moment, jedyne co wiedziałam to to, że jeśli nie dokonam w swoim życiu zmiany to któregoś dnia rano nie wstanę z bólu emocjonalnego, fizycznego, z rozpaczy że zmarnowałam życie, z braku sensu. Mogę powiedzieć, że ta zmiana to był skok w przepaść albo instynkt samozachowawczy, albo szaleństwo i głupota, albo odwaga i walka o siebie, albo poszukiwanie własnej tożsamości. Sama nie wiem.”

Ewa przewróciła swoje życie do góry nogami, by żyć w zgodzie ze sobą, realizować własne marzenia i na nowo odkryć siebie. A nikt jej tego nie ułatwiał. „Słyszałam np. że jestem stuknięta, że rozwój mi przewrócił w głowie, że muszę mieć kochanka i z pewnością bogatszego od męża, bo inaczej nigdy bym się nie zdecydowała na rozwód, że niszczę rodzinę … Musiałam się zmierzyć  z opuszczeniem przez mnóstwo znajomych, nawet tych których nigdy bym nie podejrzewała o taką krótkowzroczność, o taką tendencję do ocen, bez próby rozmowy i zrozumienia.  Musiałam się uporać z poczuciem straty, czyli odbyć  psychologiczną żałobę i pożegnać się na zawsze z tamtym życiem, bo nigdy już nie będzie takie samo.  Musiałam mierzyć się z kryzysem wieku, przemijaniem urody  a to w naszej kulturze nie jest proste, szczególnie jeśli ma się potargane poczucie wartości. Niejednokrotnie musiałam sobie radzić z poczuciem niesprawiedliwości, nauczyć się jeszcze większej pokory wobec konsekwencji swojego wyboru. Musiałam zmierzyć się ze swoimi błędami, z tym co w życiu najnormalniej zawaliłam z takich czy innych powodów. To trudne pożegnać się z obrazem siebie, który nosimy w sobie całymi latami, bo EGO broni się ze zdwojoną siłą. Przyszła pora na to, by przewartościować to co jest dla mnie ważne i spotkać się z samą sobą  ze szczerością aż do bólu.”

Mimo wszystkiego z czym przyszło jej się zmierzyć, Ewa ciągle uważa, że było warto. Warto, bo życie jest jedno, a czas bardzo szybko ucieka. Dlatego warto jest je przeżyć według własnego scenariusza, bo drugiej szansy nie będzie.  „Skąd czerpię siłę? Nieocenione jest wsparcie moich dwóch sióstr, które są mi najbliższymi osobami na świecie. Ponadto mam dwie przyjaciółki i sporo życzliwych mi osób, które poznałam tutaj we Wrocławiu. Mądre, wspierające rozmowy z nimi wszystkimi, świadomość że mogę liczyć na pomoc i dzielenie się ze mną rzeczami pierwszej potrzeby w sytuacjach kryzysowych (kiedy nie miałam kołdry, talerza, a zakup środków czystości był wielkim wyzwaniem). Są też chyba czynniki, które nie do końca jeszcze potrafię nazwać po imieniu. Myślę że to silny, naturalny instynkt przetrwania, upór w dążeniu do celu i wewnętrzna przekora która im jest mi trudniej tym silniejszym głosem woła „nie poddam się” . Ponadto od lat jestem na ścieżce osobistego rozwoju, czytam, czerpię od innych, byłam w procesie własnej psychoterapii. I absolutnie nie mogę pominąć Emanuela, który znosi każdy mój nastrój, nie narzeka, uczy mnie jak odpoczywać i który prawie zawsze gotów jest mi dać trochę ciepła. To mój kot.”

Obecnie,  pracuje jako coach dietetyczny i trener rozwoju osobistego. Pomaga osobom (głównie  kobietom), które mają problem z dodatkowymi kilogramami, doświadczyły efektu jojo, często nie akceptują własnego ciała i mają nieadekwatny obraz siebie. „Te problemy to najczęściej skutek niskiego poczucia wartości, życia w pędzie i w efekcie zajadania trudnych emocji (smutek, złość, lęk, poczucie pustki, nuda …) oraz życie wg scenariusza i powinności, które wszczepił im dom rodzinny. Temu towarzyszy brak aktualnej wiedzy na temat odżywiania, złe nawyki żywieniowe i przekonania, które sabotują każdą próbę odchudzania. – wyjaśnia – Ja pracuję trochę inaczej niż dietetyk. Klient nie zaczyna od liczenia kalorii i codziennego stawania na wadze. Zaczyna od uczenia się uważności, rozpoznawania i nazywania swoich emocji, rozróżniania głodu fizjologicznego od emocjonalnego. To wymaga wglądu w siebie, zatrzymania się i odpowiedzenia na kluczowe pytania. To wymaga także czasu, a dzisiaj przyzwyczajeni jesteśmy do szybkich i niekoniecznie wymagających wysiłku rozwiązań. Bo przecież prościej jest łyknąć tabletkę do spalania tłuszczu na dzień czy na noc, niż zmierzyć się z własnymi słabościami, demonami i dokonać zmiany. Bo nie da się dojść gdzie indziej niż do tej pory, nie zmieniając drogi. Cała zmiana wiąże się więc z rezygnacją z dotychczasowego status quo, a to burzy nam poczucie bezpieczeństwa. Któż z nas nie zna tego powiedzenia że znane piekło lepsze jest od nieznanego nieba. Czuję misję dzielenia się tym co potrafię najlepiej, co poparte jest nie tylko wiedzą i przygotowaniem akademickim, ale szczególnie doświadczeniem. Ten zawód daje mi ogromną satysfakcję.”

Pod wpływem swoich klientek, Ewa wpadła na pomysł by stworzyć program „Apetyt na siebie”.  Jej klientkami często są piękne kobiety, mądre, najczęściej pracujące zawodowo, które wychowały dzieci, mają szerokie horyzonty, ale okrutnie nie wierzą w swoje możliwości, nieświadome swojego potencjału, żyjące najczęściej w służbie innym. „Pomyślałam że NIE zgadzam się na taką rzeczywistość. Jeśli choć jedną zainspiruję do jakiejś zmiany, jeśli choć jednej zburzę spokój czyli sprowokuję do konstatacji  nad swoimi prawdziwymi, wypływającymi z trzewi i serca potrzebami, to moja praca i ten projekt mają sens. Chcę dać przykład że życie w zgodzie ze sobą jest możliwe, że każdy ma do tego prawo, każdy na to zasługuje. Będę dzieliła się pomysłami, swoimi zrealizowanymi marzeniami, będę poruszała tematy tabu np. seksualność kobiet dojrzałych. Będę pokazywała inny, dojrzały wymiar piękna i to co już się przewinęło będę obalała stereotypy, bo wszystko jest pojęciem względnym. Będę zachęcała kobiety dojrzałe do rozbudzenia apetytu na siebie, jakkolwiek to brzmi i uruchamiała wyobraźnię jak to zrealizować.”

W temacie marzeń Ewa jeszcze się rozkręca. Wcześniej na marzenia nie było czasu ani tym bardziej odwagi.  „Przede mną Borneo (Malezja) i zdobycie najwyższego tam szczytu Kinabalu 4095. Kiedy byłam dziewczynką przeczytałam książkę „Podróż na wyspę Borneo” Aleksandra Minkowskiego i pamiętam jak bardzo chciałabym tam być. Może dlatego, że to książka o marzeniach właśnie, o ideałach, wartościach, przyjaźni i miłości, czyli o tym wszystkim czemu teraz nadałam nowe znaczenie.  Planuję też zająć się modelingiem, taaaak nie boję się o tym mówić i nie wstydzę się tego i mam gdzieś co ludzie powiedzą … bo zawsze coś powiedzieć muszą! – śmieje się Ewa – Już pierwsze koty za płoty … brałam ostatnio udział w sesji zdjęciowej do katalogu De La Fotta. Świetnie się czuję w swoim ciele, traktuję to jako fajną przygodę i zamierzam poprzez te zabawę stawić czoła stereotypom  dotyczącym kobiet, wieku, piękna, tego co wypada a czego nie. Z rzeczy bardziej przyziemnych planuje doszlifować języki obce i wystartować z programem „Apetyt na siebie”. A z rzeczy bardziej odlotowych, to w piątek skaczę ze spadochronem! O reszcie marzeń opowiem innym razem.”

W wolnym czasie zajrzyjcie na stronę Ewy : https://www.facebook.com/apetyt.na.zmiane/  Polecam!

Newsletter

Zapisz się i buduj z nami silną i zangażowaną społeczność

Podziel się z nami swoją opinią